niedziela, 13 kwietnia 2014

Utrata tożsamości gorsza od porażki

Share
Porażka to nieodłączna część sportu. Zniszczenie własnej tożsamości i nie wykorzystanie swojego talentu jest o wiele gorsze od jakiejkolwiek porażki. Nie chodzi o Guardiolę i jego rekord, chodzi o zarządzanie otrzymanym dziedzictwem. I tu mamy katastrofę wielkich rozmiarów. Czy łatwo było zarządzać otrzymanym spadkiem? Bez wątpienia nie. Jeśli starasz się nim zarządzać, kierując się rewanżyzmem i pychą, strzelasz sobie w stopę. Tym, który pociągnął za spust, był Sandro Rosell. Zrobił to nie raz, a wielokrotnie, podpuszczając Guardiolę do opuszczenia klubu, wetując awans Òscara Garcíi Junyenta, wzmacniając ego piłkarzy ponad ego ich trenerów, bawiąc się w dyrektora sportowego, zwodząc FIFA, kiedy ta domagała się przestrzegania przepisów dotyczących najmłodszych piłkarzy, czy zatrudniając trenera takiego jak Tata Martino, uczciwego i poważnego, ale nie znającego tak określonego modelu gry jak model Barçy.

To, że prezydent podejmuje radykalne decyzje nie jest złe samo w sobie. Źle, jeśli każda z tych decyzji jest błędem. Rosellowi to się udało. Z niewątpliwym wsparciem obecnego prezydenta Bartomeu, dyrektora sportowego Zubizarrety, a także pewnej grupki piłkarzy, którzy byli już kwestionowani na początku 2012 roku. Ci, którzy sądzili, że z łatwością poradzą sobie z otrzymanym spadkiem, roztrwonili go. Dziedzictwo nie polegało na odnoszeniu zwycięstw. Polegało na wysiłku włożonym w odnoszenie zwycięstw, wysiłku pod każdym względem: strategicznym, taktycznym, technicznym, fizycznym i emocjonalnym. Integralnym i permanentnym. Kultura wysiłku była głównym dziedzictwem Guardioli, znacznie ważniejszym od schematów taktycznych.

Ta kultura została zniszczona od środka. Mściwy prezydent, bojaźliwy dyrektor sportowy i niektórzy piłkarze, którzy uznali, że nie potrzebują takiego rygoru, pracy i poświęcenia, których wymagał od nich ten, który wymagał. Po wciągnięciu kotwic statek zaczął powoli skręcać i nikt nie chciał słuchać marynarzy, którzy ostrzegali, że zacznie dryfować. Głosy krytyki przyporządkowano różnym izmom. Zanim się zorientowali, statek skręcił już o 180 stopni. Drużyna oparta na solidarnej pracy i zaangażowaniu przerodziła się w przedszkole, pełne fotek selfie i pustych haseł, podczas gdy ci, którzy mogli rządzić w szatni zamilkli, bo tak jak są dobrymi piłkarzami, to też i niemowami.

Utrata własnej tożsamości jest czymś znacznie poważniejszym od jakiejkolwiek porażki. Na szczycie nie ma drużyn niezwyciężonych. Nie była taką Barça Pepa, nie jest jego Bayern, ani Chelsea Mourinho, ani Atlético Cholo. Nie chodzi o wieczne zwyciężanie, ale posiadanie silnej tożsamości gry, która będzie się opierać na niepodważalnych zasadach. Barça je miała. Najbardziej uniwersalną zasadą była praca bez wytchnienia, w każdym wymiarze, otoczeniu, kontekście i momencie. Ta kultura pozwalała na rozwinięcie modelu gry. Być może to nie jest najlepszy model, ale jednak model, konkretny i własny. Taki, z którym można się utożsamiać, jeśli wymaga się go konsekwentnie. Śmieszny, jeśli się odpuszcza.

Powód, dla którego obecna Barça jest nieregularna i niespójna, zdolna do wielkich meczów i jeszcze większych kataklizmów, leży w nowej dynamice, do której drużyna się dostosowała. Przez rewanżyzm jednych i słabość innych statek utknął na mieliźnie. Barça będzie nadal wygrywać, bo ma znakomitych piłkarzy, ale od wygrywania znacznie bardziej potrzebuje odtworzenia zniszczonej kultury. Do tego zadania potrzeba liderów. Czy Barça ich ma?

(Marti Perarnau | El Periódico)
FOTO: Jordi Cotrina

piątek, 4 kwietnia 2014

Bartomeu i Mestre

Share
"Z konferencji prasowej Bartomeu pozostaje nam jeden tytuł: "Nie popełniliśmy żadnego błędu". Historia się powtarza, tak jak w sprawie Neymara, godzin rozgrywania meczów, grada jove, Boixos Nois, transferu środkowego obrońcy, Abidala, Guardioli, Cruyffa, pozwu przeciwko Laporcie i niektórym członkom jego zarządu, strachu przed Florentino... zero samokrytyki. Wszystko przez "czarną rękę", która nęka Barçę w różnych aspektach. Mówią w Barcelonie, że jak wyjdą na jaw nazwiska, to szczęka nam opadnie z wrażenia... Zatem, do dzieła, odwagi, bo na razie mamy wrażenie wielkiej dziecinady. Wróćmy do sprawy, która całe to zamieszanie, tj. surową karę, wywołała. Spróbujmy naświetlić sytuację, by być może lepiej zrozumieć wczorajsze zachowanie Bartomeu, który odbijał piłeczkę...

5 lutego 2013 FIFA po praz pierwszy domaga się informacji nt. koreańskiego piłkarza Lee. Bartomeu jest wtedy odpowiedzialny za sektor sportowy, jako wiceprezydent Sandro Rosella. Tradycyjne trzymanie wszystkiego w sekrecie, z którego słynął były już prezydent, podobnie jak jego zaufany człowiek (Bartomeu) sprawia, że koledzy z zarządu nic nie wiedzą. Tak jak w sprawie Neymara, nie szukając daleko. Klubowi prawnicy, którzy powinni nakreślić plan wobec skargi FIFA, też nie są o niczym informowani. Nie wiedząc nic, nie można się odwoływać. Dyrektorzy, świadomi że przepis nie jest przestrzegany, nie potrafili wszystkich przypadków, o które poprosiła FIFA udokumentować, by Klub mógł się wybronić, co doprowadziło do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. O tym również żaden członek zarządu nie dowiaduje się nic. Sprawą nie zajęto się na poważnie do przedwczoraj, kiedy informacja, poprzez media, obiegła świat. W tym czasie odpowiedzialny za sektor sportowy Bartomeu zdążył zostać prezydentem.

Bartomeu oskarżył wczoraj bezpośrednio katalońską federację piłki nożnej (FCF), która miała zatwierdzić licencje wszystkich młodych piłkarzy, jakich dotyczy kara FIFA. Prawo to prawo, ale jeśli wszyscy patrzymy w inną stronę... Przez cały ten okres Barça jest reprezentowana w FCF przez Jordiego Mestre, wówczas odpowiedzialnego za drużyny młodzieżowe, a teraz wiceprezydenta ds. sportowych. On dobrze wiedział o przepisie, który łamie Klub, bo w federacji katalońskiej twierdzą, że to właśnie Mestre wywierał naciski na Alberto Bazę, sekretarza generalnego FCF, by licencje zatwierdzić bez dokumentacji, której wymaga FIFA. A jak wiadomo Barcelona ma wielką siłę... Tymczasem prezes FCF, Andreu Subies, milczy. Czeka na wytyczne z góry: z federacji hiszpańskiej, od której jest zależny i z którą prowadzi interesy oraz od Barçy, dzięki której znalazł się na swoim obecnym stanowisku i której polecenia wypełnia. Jordi Mestre nie skalkulował ryzyka, nie poinformował zarządu i nie przejął się nawet tym, by dowiedzieć się jaka sankcja grozi Barcelonie.

Josep Maria Bartomeu i Jordi Mestre mieli w swoim departamencie tykającą bombę i nie zrobili nic, by ją rozbroić. Ta w końcu wybuchła. Dzisiaj obaj odpowiadają za projekt sportowy, przebudowę kadry i fundamenty pod sukcesy nowej Barçy. Socios ocenią czy po tym, co zobaczyli, ta dwójka jest zdolna do tego, by przeprowadzić ten proces. Tymczasem Toni Freixa powierzył obronę Barçy w ręce cenionych adwokatów José Juana Pintó Sala i Juana de Dios Crespo. Teraz wszyscy w zarządzie przygotowują się już do jutrzejszego referendum i oczywiście odbijają piłeczkę. La Masia jako wymówka: nie będzie nadal wzorem bez niepełnoletnich obcokrajowców, do lat 16? Co za brak szacunku dla ludzi, którzy tam pracują! Wszędzie spiski, a tutaj nie dzieje się nic. I tak do 2016, bez komentarza".

(Xavi Torres | El9)
Foto: LLUÍS VILARÓ / ACN

wtorek, 1 kwietnia 2014

Nou Camp Nou przy Diagonal - historia upadku projektu Rosella

Share
Barcelona, chłodna noc 19 stycznia 2014. Spotkanie czterech osób, a na stole kluczowy dla przyszłości Barçy i miasta projekt. Sandro Rosell chce zaprezentować socim propozycję budowy nowego stadionu przy Diagonal i definitywne pożegnanie z terenami les Corts. Projekt wart 1,2 miliarda euro jest wspierany przez radę miejską Barcelony, przede wszystkim przez Antoniego Vivesa, szefa biura planowania przestrzennego, który widzi w tej budowie strategiczny ruch, który przyspieszy rozwój stolicy Katalonii. Dla Rosella to kwestia osobista, projekt, który dojrzewał miesiącami, mimo że jego koledzy z zarządu od tygodni starali się go od tego pomysłu odwieść. Kolejne dwie osoby uczestniczące w spotkaniu to burmistrz Barcelony, Xavier Trias, i wiceprezydent Barçy ds. instytucjonalnych, Carles Vilarrubí, gospodarz rozmów. Vilarrubí odrobił pracę domową i cieszy się wsparciem innych członków zarządu, zwłaszcza Javiera Fausa, by przekonać Rosella, że projekt jest niewykonalny, a Barça musi pozostać w dzielnicy les Corts.

Zarząd ogłasza projekt

20 stycznia 2014, dzień po trwającym wiele godzin spotkaniu w domu Vilarrubíego, na którym poruszano też kwestie dotyczące Barçy, entorno i pewnego niewygodnego dla Rosella dziennikarza, zarząd decyduje definitywnie zrezygnować z projektu budowy stadionu przy Diagonal i jako jedyną opcję w referendum zaprezentować propozycję gruntownej przebudowy Camp Nou. Zarząd pokonuje w tej rozgrywce prezydenta, a także radę miejską Barcelony, która mimo publicznie neutralnego stanowiska, opowiadała się za wyprowadzką Barçy z les Corts. Trzy dni po tej decyzji Rosell podaje się do dymisji, a zastępuje go Josep Maria Bartomeu.

Proszą o więcej czasu

Pierwszy rozdział tej rozgrywki miał miejsce 9 grudnia 2013. Na posiedzeniu zarządu Barçy Javier Faus i Carles Vilarrubí dają jasno do zrozumienia swoim kolegom, że opcja budowy stadionu przy Diagonal jest niemożliwa do zrealizowania. Projekt wart 1,2 miliarda euro zagrażałby przyszłości Klubu. Faus i Vilarrubí cieszą się wsparciem między innymi Jordiego Moixa i Josepa Marii Bartomeu.

Członkowie zarządu proszą Rosella o czas, nie chcą żeby decyzja zapadła 9 grudnia. Uważają, że trzeba szczegółowo przeanalizować obie opcje na podstawie sporządzonych wcześniej raportów. To strategia, by zyskać na czasie i powstrzymać projekt Rosella.

Chodzi o najważniejszą decyzję ostatnich 50 lat, jak określił ją sam Rosell, który jednak nie może liczyć na poparcie większości zarządu, zwłaszcza swoich wiceprezydentów. W sobotę  5 kwietnia socios zagłosują nad propozycją reszty zarządu, a nie nad projektem Rosella i rady miejskiej.

(ARA)

wtorek, 25 marca 2014

(3-4) RM - powrót do 2009; Barça - pojedyncze akcje

Share
1. Nadeszła wiosna i Real Madryt z Barceloną w pełni pokazały ducha walki i rywalizacji i równie dobitnie uwidoczniły swoje braki piłkarskie. Na przystrzyżonej i zroszonej murawie Bernabéu były sprinty i galopy, ataki i kontrataki, mnóstwo goli, dużo walki, pasji, chęci zwycięstwa. I dużo akcji, ale niewiele futbolu rozumianego jako gra drużynowa. Jeśli w Barçy obnażona została cała prawa strona, Realowi posypał się środek pola, jego prawdziwa czarna dziura.

2. Mecz był emocjonujący, radosny, zróżnicowany i elektryczny. Real postawił na dwóch sprinterów, jednak jego gole padły inną drogą. Barça wszystko powierzyła Iniescie i Messiemu, którzy prowadzili grę, choć ich drużyna przestała stwarzać warunki potrzebne do tego, by Messi robił różnicę. Mimo to, Messi nadal jest kluczowy, a wszystkie próby, by go zdekoncentrować zderzyły się z jego wrodzoną chęcią rywalizacji.

3. Decyzje obu trenerów określiły przebieg meczu. W sposób negatywny. Ancelotti wyszedł linią pomocy, która sprawdza się w łatwiejszych meczach, ale w starciu z mistrzami gry pozycyjnej równa się założeniu sobie sznura na szyję. W każdym momencie Barcelona miała tu przewagę: Xabi Alonso, Modric i Di María kontra Busquets, Xavi, Cesc, Iniesta i Messi. 3 na 5. Gdyby Barça postawiła na tę sekwencję podań, dzięki której stała się słynna, pokroiłaby Real na kawałeczki i w pierwszych 15 minutach była tego bliska. Jednak w kwestii dominacji i kontroli gry stanęła w połowie drogi.

4. Real, który nauczył się zamykać Messiego w klatce i zmuszać Barçę do wykonywania sekwencji podań w strefach bez żadnego zagrożenia, nie zaistniał na swoim boisku. Ta broń odeszła w zapomnienie i nie wydaje się, by był to problem chwilowy. Ani Carvajal nie wiedział czy ruszyć na Iniestę, kiedy ten schodził do środka pola, ani Di María nie rozumiał żadnego z ruchów defensywnych, których wymaga się od środkowego pomocnika. Nikt też w sposób agresywny nie utrudniał wyprowadzenia piłki Busquetsowi, który miał wolną drogę, by przenieść piłkę na połowę rywala. W takiej sytuacji, przy wyniku 0-1, Barça mogła sobie urządzić ucztę między liniami Realu, a jej pomocnicy, zawsze wolni, swobodnie mogli przyjmować piłkę. Jednak po dwóch nieskutecznych strzałach Messiego i Neymara, zawrzało w obronie Barcelony.

5. W rzeczywistości zawrzało na całym prawym skrzydle, za które odpowiadali Alves, Xavi i Neymar, trzech piłkarzy, którzy bronili wzrokiem, źle asekurowani przez Mascherano, który zamykał tę strefę zastępując Piqué, którego trener ustawił bliżej lewej strony, na wypadek gdyby Bale uciekał Albie. Trzy gole Realu padły ze słabszego skrzydła Barçy, tej niezamieszkanej równiny, autostrady bez ograniczeń, defensywnego chaosu...

6. Tata Martino swoją wyjściową jedenastką też złożył jasną deklarację, którą przebieg meczu, mimo ważnego zwycięstwa, tylko potwierdził: o składzie decyduje hierarchia. Prawej stronie jego drużyny brakowało energii i zaangażowania, którą gwarantują Pedro i Alexis, zarówno pod bramką rywala, jak i pod swoją własną.

7. Zdeformowany w środku pola, zdominowany na tablicy z wynikiem, Real postawił na to, co potrafi najlepiej: akcje. Konkretne i specyficzne. Całą słabość w asekuracji i bronieniu Di María zamienił w doskonałość w ataku. Dobrze ocenił sytuację Barçy i zaatakował skrzydłem, na którym Neymar patrzył, Xavi spacerował, a Alves dawał kolejny eksplozywny pokaz chaosu pozycyjnego. Dostrzegł to też Cristiano Ronaldo, który zszedł na prawe skrzydło, ściągając na siebie rywali i wszyscy razem, madridistas i barcelonistas pozwolili, by Di María odbył swój triumfalny marsz skrzydłem. W sześć minut trzykrotnie powtórzył tę samą akcję, by Benzema mógł zdobyć dwa gole, a Piqué uratować Barcelonę przed trzecim.

8. Nie zapominajmy o Mascherano, odpowiedzialnym za asekurację w tej strefie tortur, który jednak wyszedł na zdjęciach trzech goli Realu: pierwszy górą, drugi półgórny, trzeci tuż przy ziemi. Kwartet utworzony przez Mascherano, Alvesa, Xaviego i Neymara spędził wieczór, sprawiając rywalowi defensywne prezenty. Przeciwieństwem było skrzydło lewe, gdzie Iniesta dryblował, uspokajał, prowadził grę, był autentycznym panem sytuacji, piłkarzem z prawdziwego zdarzenia. Znakomicie wspierał go Jordi Alba, a z tyłu umiejętnie asekurował Piqué.

9. Jeśli Real odwrócił wynik dzięki konkretnym akcjom, Barça zrealizowała ten sam plan. W tym problem! Zamiast grać futbol, który recytuje się z pamięci, Barça stałą się drużyną pojedynczych akcji. Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe, ale taka sytuacja ma właśnie miejsce. Propozycja ta kłóci się z charakterystyką piłkarzy i ich przyzwyczajeniami. Drużyna była przyzwyczajona do długich sekwencji podań, gdzie piłka miała porządkować poszczególne formacje, tak by każdy był na swoim miejscu i w gotowości, by uwolnić Messiego. Jednak to zmieniło się w sposób radykalny. Obecna propozycja to robienie akcji i czekanie aż Messi je rozwiąże. Na Bernabéu się udało, bo Real i jego trener, w wymuszonym powrocie do 2009 roku, zapomnieli o tym, czego nauczyli się w ostatnich latach i nie wiedzieli jak podejść do Messiego, kiedy ten się uwolni.

10. Uwolniony Messi jest nie do powstrzymania. Drużyna go opuściła: już nie szuka dla niego odpowiedniego kontekstu, tak jak w pewnym momencie klub zdecydował, że zamiast Leo będą go nazywać "tym panem". Ale Messi jest nie do powstrzymania, zdolny do kreowania goli z absolutnie niczego. Tak doprowadził do remisu i do przerwy Real bardziej przypominał drużynę z 2009 niż 2012 roku; Barçę przy życiu podtrzymywało czterech piłkarzy: Piqué, Busquets, Iniesta i Messi.

11. Jeśli Barça nadal chce dominować w Europie w następnych latach, ale dominować na poważnie, a nie na zasadzie zrywów, to niech lepiej zwróci taktyczne wynalazki nabyte na bazarku i odtworzy się wokół czterech wyżej wspomnianych piłkarzy i wróci do zapomnianej kultury pracy opartej na wysiłku. Po przerwie nikt tego tak nie zrozumiał, bo wobec Realu, który nie miał innego planu niż "przerywać i biegać ile wejdzie", Barça nie była w stanie stworzyć warunków dla eksplozji Messiego. Wszystko musiał zrobić sam, a mówiąc dokładniej: on wsparty trzema wspomnianymi piłkarzami.

12. Najpierw na ponowne prowadzenie wyprowadził Real Cristiano Ronaldo i Barça pokazała szereg dowodów, obrazujących jej sytuację: Valdés posyłał długie piłki, oddając je rywalowi, jak gdyby wyprowadzenie od bramki nie miało żadnego znaczenia; podania na 3/4 połowy rywala nie miały celu, nie stanowiły broni, dzięki której Barcelona porządkuje formacje i zarzuca sieć na rywala; piłka z rzutów rożnych była posyłana na środek pola karnego, co stanowi paradoks jeśli mowa o drużynie, której brakuje centymetrów; i Fàbregas, który bez większego wysiłku, był w stanie zdezorganizować własną drużynę...

13. Kiedy panował coraz większy chaos w szeregach Barcelony, która od tylu planów B objęła kwarantanną swój wielki plan A, Messi się uwolnił. Powiedzmy sobie wszystko: jeśli klub zanudza* Messiego, a drużyna przestaje dla niego grać, to też Messi pojawia się wtedy, kiedy mu się chce. Jest tak od jakiegoś czasu. Od takiego nadmiernego regulowania się, momentami popadał w apatię. Jednak kiedy się budzi, budzi się na dobre. W jednej chwili zmienił bieg meczu, zanotował kolejnego hat tricka i ucałował herb, jakby chcąc powiedzieć, że nie dadzą rady go zanudzić.

i 14. W meczu było dużo odwagi: był piękny, wibrujący, zmienny i efektowny. Futbolu trochę zabrakło. Real cofnął się 5 lat w kwestii taktycznej, Barça odniosła wielkie zwycięstwo dzięki akcjom, a nie zorganizowanej grze. Przed jednymi i drugimi duże wyzwania w najbliższych dwóch miesiącach. Na tyle duże, że bazowanie tylko na chęci walki (w czym obie drużyny są i będą znakomite) może nie wystarczyć. Pozostawiły jednak po sobie mnóstwo problemów strukturalnych związanych z grą drużynową, założeniami defensywnymi i ofensywnymi, postawiły wiele znaków zapytania dotyczących propozycji taktycznych i decyzji strategicznych. Di María jako pomocnik oraz osamotnieni Messi i Iniesta są tego wszystkiego najlepszymi przykładami.

* nawiązanie do słów Guardioli po finale na Wembley: "Messi jest jedyny i niepowtarzalny. Miejmy nadzieję, że się nie znudzi, a Klub otoczy go odpowiednimi piłkarzami i nadal będzie wiódł spokojne, zrównoważone życie osobiste"

(Marti Perarnau | martiperarnau.com)
FOTO: REUTERS

poniedziałek, 24 marca 2014

Niech dzwonią do Jorge

Share
"Jak dadzą radę, to lepiej o ósmej niż o dziewiątej. Nie muszą dzwonić bezpośrednio do Niego, bo będzie jeszcze sobie smacznie spał, z dala od tej euforii, podczas gdy tu wszyscy nadal są na kolanach. Niech jednak nie zaśpi ten, kto będzie musiał wykonać telefon do ojca. Jeśli padnie na Javiera Fausa, niech nawet nie pomyśli żeby powtarzać tekst "o tym panu, któremu nie trzeba przedłużać kontraktu co pół roku". Wystarczy jedno, proste pytanie: "Jorge, kiedy by wam pasowało, żeby wpaść i podpisać nowy kontrakt?". Jorge Messi jest daleko, w Argentynie. Wyjechał dokładnie w momencie, kiedy sprawy przedłużenia umowy nie miały się najlepiej. Także, jeśli trzeba, to niech wyślą mu prywatny samolot, żeby wrócił jak najszybciej.

Poza tym, niech Faus, Bartomeu czy na kogo tam padnie, wezmą ten kontrakt, który mają gotowy od jakiegoś czasu - a który zdaje się nie budzi wielkiego entuzjazmu drugiej strony, wręcz przeciwnie - i umieszczą go w koszu. Sprawa jest prostsza. Niech wezmą kilka kartek albo lepiej serwetkę i nic na niej nie piszą. I jak Leo Messi będzie chciał - na przykład wtedy, jak zechce wstać z łóżka - niech mu powiedzą, że nie musi czekać na ojca, wszystko jedno, niech sobie tam wpisze co chce. Co chce. I koniec tematu, nie ma o czym więcej rozmawiać. Do zobaczenia następnym razem, za sześć miesięcy albo za trzy. Bo ile jest warty obrazek Messiego całującego herb Barçy na Bernabéu?

Tu już nie chodzi o te trzy gole ani o dwie asysty do Neymara i Iniesty, kolejnej nietykalnej ikony, będącej wysoko ponad swoimi kolegami. Chodzi o honor i dumę, którą na wieki wieków powinna czuć Barça z najlepszego piłkarza w historii, wbrew tym, którzy na siłę chcą przedłużyć debatę. Najlepszej Barçy w historii nie dałoby się zrozumieć bez niego. Co może teraz myśleć Neymar? On, którego niektórzy chcieli już posadzić na tronie Messiego, nie tyle za umiejętności, co za to, kto go tu sprowadził. Neymar w życiu nie będzie Messim. Teraz nie jest nawet Neymarem, a wczoraj, poza wywalczonym karnym kiedy Martino chciał go już zmienić, zagrał za nazwisko i dał wiele sygnałów, że teraz nie zasługuje na miejsce w wyjściowej jedenastce. Zwycięstwo na Bernabéu wzmacnia Barçę, kiedy najbardziej tego potrzebuje, ale nie eliminuje słabych punktów, zwłaszcza w defensywie. Koniecznie trzeba to uporządkować teraz w obliczu nadchodzących meczów Ligi Mistrzów i końcówki sezonu, niezależnie od tego, co uda się wygrać. Niech zwycięstwo na Bernabéu nie przesłoni problemów, ale niech świadczy też o waleczności tej drużyny. A Real... niech nie robi takiego hałasu z Décimą, a tym bardziej z Undiano".

(David Torras | El Periódico)
FOTO: Pere Puntí - MD

środa, 19 marca 2014

Pierwsza fotografia “Foot-Ball Club Barcelona”

Share


"11 lutego 1900 r. Foot-Ball Club Barcelona mierzył się na obiekcie Velòdrom de la Bonanova z drużyną Foot-Ball Club Català. Pierwszy raz w kronikach prasowych wspomniano o barwach obu zespołów: białe koszule F.C. Català i "niebiesko-szkarłatne" F.C. Barcelona. F.C.B. wychodzi na mecz w składzie: Gamper, A. Witty, E. Witty, Gillespie, Llobet, Terrades, Harris, Parsons, Wild, Fitzmaurice i Smart.

W tamtym meczu po raz pierwszy w historii piłkarz F.C. Barcelona, Harris, zostaje wyrzucony z boiska. F.C.B. wygrywa 4-0 po trzech golach Ernesta Witty'ego i jednym Hansa Gampera.

18 lutego 1900 r. na Velòdrom de la Bonanova  dochodzi do kolejnych meczów między różnymi drużynami F.C. Català i Foot-Ball Club Barcelona. Czasopismo "Iris" (Revista Semanal Ilustrada) wychodzi w tym samym roku, w którym został założony F.C.B. i jako jedno z pierwszych do tekstów załącza fotografie. Do 1904 roku zostaje wydanych 295 20-stronicowych numerów. 

W wydaniu z 3 marca 1900 roku, na stronach 14 i 15 znajdujemy pierwszy obszerny reportaż o "foot-ballu" i relację z meczu Foot-Ball Club Escocès de Sant Andreu i Foot Ball Club Català. Jednak w nagłówku widnieje prawdopodobnie pierwsza w historii fotografia Foot-Ball Club Barcelona, na której widzimy stroje w barwach blau i grana.

Fotografia pochodzi albo z meczu rozegranego 11 lutego, albo została zrobiona 18 lutego, co w czasopiśmie nie zostało sprecyzowane, chociaż osobiście stawiałbym na 18".

(autor: Josep BobéSentiments en Miniatura)

piątek, 14 marca 2014

Bierność zabija

Share
"Barça jest już w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, z czego trzeba się cieszyć, bo ostatnimi czasy Klub żyje przykrymi doświadczeniami, a zwycięstwo z City to powiew świeżego powietrza, przynajmniej do najbliższej niedzieli. Tylko do niedzieli? Tylko, w tym problem. Ligowe starcie z Osasuną znów pozwoli ocenić prawdziwy stan tej drużyny, która każdego dnia oddala się od swojego wzoru, opartego na unikalnej metodologii pracy, dzięki której stała się liderem światowego futbolu. Miłośnikom tej filozofii, do których zaliczam się ja, z przykrością przychodzi przyznać, że Barçy coraz bliżej do tego, by zostać jednym z wielu.

Pasywność Klubu w tym aspekcie nie skłania do optymizmu. Wszystkie ruchy wskazują na powrót do tego, co już dobrze znamy i co przyszło nam przeżyć w najczarniejszej z epok Barçy. Dorównanie rezultatom dream teamu Johana Cruyffa, który budził podziw całego świata, czy wybitnej drużynie Guardioli, być może najlepszej w historii, wydaje się trudne. Zgoda, ale nigdzie nie jest napisane, że to niemożliwe. Trzeba w końcu określić, gdzie ma zmierzać Klub w wymiarze sportowym.

Jak zwykle w przypadku tego zarządu, sprawa piłkarska zmierza w kierunku odwrotnym niż wskazywał program wyborczy. Drużyna, na dzień dzisiejszy, ma się lepiej czy gorzej niż wtedy, gdy przejmowali władzę w Klubie? Skoro nie ma dyskusji, a celem każdego zarządu jest zostawienie Klubu w lepszym stanie niż go zastał, zgodzimy się, że trzeba podjąć decyzje, by znów wrócić na szczyt. Rewanżystowski projekt Sandro Rosella niestety naruszył też sektor piłkarski i dlatego teraz znajdujemy się w tak dobrze znanym całemu barcelonismo z minionych epok położeniu: drużyny, której sukces uzależniony jest od jednego ze swoich cracków, od dyspozycji dnia i układu gwiazd. Drużyny, która nie jest dobrze wypracowana, nie stanowi jedności i dlatego nie budzi też zaufania: jest w stanie błysnąć i rozegrać dobry mecz z wielkim rywalem, by zaraz zgasnąć i przegrać wszystko ze skromnym zespołem. Wszystko zależy od wyjściowej jedenastki i widzimisię tych jedenastu wybrańców: w każdym meczu dla każdego coś nowego. Kibic, który zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje, musi nauczyć się na nowo cieszyć się tylko rezultatem i powoli godzić się z umieraniem dumy z unikalnego i estetycznego futbolu. Bo ta umrze, jeśli nikt nic nie zrobi.

Holowanie piłki przez Leo Messiego, które znów ma miejsce zbyt często, to przykład tego, co się traci. Hipnotyzujące wymiany piłki w rondo tuż przed zabójczym zrywem już nie są konsekwencją metody, tylko tego, czy grają lub nie wszyscy jugones (ci którzy naprawdę wierzą w to, co robią). O pressingu, który siał popłoch w szeregach rywali, a który Martino miał przywrócić, ani widu, ani słychu. Drużyna gaśnie w oczach, oddalając się od swojego planu, tak jak Barça jako instytucja, bez projektu i jasnego przesłania, pociągnęła na dno Rosella i utrudnia teraz życie prezydentowi Bartomeu. Wszystko krok po kroku, co jest najbardziej bolesnym sposobem przeżywania końca cyklu.

Potrzeba odpowiedzi. Jeśli im się nie podoba ten futbol albo po prostu uważają, że nie da się go wskrzesić, to niech zaproponują coś innego, wyjaśnią to, rozwiną i, co oczywiste, niech sprowadzą odpowiednich piłkarzy, by nowy plan wcielić w życie. Trener Martino już tu jest i warto przypomnieć, że chcą z nim przedłużyć kontrakt do 2016. Odmienne filozofie, jego i większości piłkarzy, gryzą się i dlatego albo jedno, albo drugie. Albo zbędny jest ten trener, albo wielu z piłkarzy obecnego składu. Niech zdecyduje Klub, bo bierność zabija".

(Xavi Torres | El9)
FOTO: TONI ALBIR/ EFE

środa, 12 marca 2014

Roma traditoribus non praemiat

Share
"Jan, jutro dzwonię i się widzimy". Doskonale pamiętam* tamto gorące południe 1 lipca 2010. Towarzyszyłem Joanowi Laporcie na uroczystości przejęcia władzy przez Sandro Rosella, jako nowego prezydenta Barçy, w ogrodach la Masii obok Camp Nou. Przywitałem się z Rosellem, przywitał się Laporta w szczerym, wydawało się, uścisku, następnie Johan Cruyff - wtedy jeszcze honorowy prezydent - i Pep Guardiola - wtedy jeszcze trener Barçy, którzy również pogratulowali Rosellowi szczerym, wydawało się, uściśnięciem dłoni. Mimo znanych różnic, które dzieliły Laportę i Rosella w poprzednich latach, w la Masii panowała atmosfera wzajemnego szacunku. Laporta zaakceptował wynik wyborów, w których większość socios okazała Rosellowi zaufanie. Pod koniec uroczystości Rosell, w mojej obecności, powiedział do Laporty: "Jan, jutro dzwonię i się widzimy".

Tak też się stało, nazajutrz Rosell zadzwonił do Laporty, by umówić się na spotkanie i przeanalizować sytuację Barçy. Spotkanie odbyło się w dobrej atmosferze, z zamiarem zespołowej pracy w trosce o przyszłość Klubu. Były nawet zabawne momenty, kiedy wspominano niezapomniane dni czerwca 2003, gdy Laporta i Rosell obejmowali Klub w zapaści, czy chwile niepewności w negocjacjach transferu Ronaldinho. Rosell podziękował Laporcie za wszystko, co zrobił dla Barçy w trakcie swojego mandatu i przyznał, że przywilejem jest przejmować Klub w tak dobrej kondycji: lidera światowego futbolu, z rekordowymi przychodami, najlepszą kadrą, najlepszym trenerem w historii, znakomitym wizerunkiem instytucjonalnym i międzynarodowym dzięki porozumieniu z Unicefem, po wykluczeniu bandytów ze stadionu... Rosell zapytał Laportę czy może liczyć na jego radę, jeśli będzie w potrzebie; Jan odpowiedział, że jego zamiarem jest powrót na swoje miejsce na Camp Nou, ze swoimi synami; zadeklarował, że jest do dyspozycji Rosella, świadom trudności, które niesie za sobą prezydentura w FC Barcelonie, zwłaszcza w ciężkich momentach.

Dobra atmosfera na Gamperze. Rosell podziękował za dobre słowo i zaprosił Laportę na mecz o trofeum Gampera, 25 sierpnia, na prośbę kapitanów drużyny i Guardioli, którzy zasugerowali Rosellowi, że miło by im było, gdyby dwóch prezydentów wspólnie odebrało puchar za mistrzostwo Hiszpanii. Laporta się pojawił, a kiedy miał już schodzić z murawy Xavi chwycił go za ramię i poprosił o wspólną rundę honorową z pucharem w rękach. Laporta zachęcał Rosella, żeby się przyłączył, co byłoby pięknym gestem przed całym barcelonismo, jednak Rosell wolał stanąć z boku, tłumacząc, że ten puchar należy do Laporty, a nie do niego. Pamiętam, że Guardiola zapytany o obecność dwóch prezydentów, odpowiedział: "Bardzo mnie cieszy, że prezydent Rosell wykonał taki gest i zaprosił prezydenta Laportę. Myślę, że ten moment był piękny. Byłem szczęśliwy, że prezydent Laporta jest tam z nami".

Rzym zdrajcom nie płaci. Po Gamperze, na którym Rosell ponownie okazał swoją wdzięczność Laporcie i jego zarządowi za dobry stan, w jakim zostawił mu Klub, nastały tygodnie milczenia, aż na 16 października zwołano zgromadzenie socios compromisarios. Laporta dowiedział się z prasy, że jednym z punktów, który zostanie poddany pod głosowanie będzie pozew przeciwko niemu i jego kolegom z zarządu za rzekome złe zarządzanie Klubem. Pociągnięcie do odpowiedzialności za straty finansowe.

Co wydarzyło się od dnia, który symbolizował jedność barcelonismo do dnia zwołania zgromadzenia? Co wydarzyło się od momentu, kiedy obaj prezydenci okazywali sobie wzajemny szacunek do zainicjowania intensywnej kampanii, zwłaszcza przez La Vanguardię i Mundo Deportivo, szkalującej Laportę i członków jego zarządu, których oskarżono o wszelkie zło w barcelonismo?

Pewna ważna osoba z tzw. establishmentu wyjawiła to na kolacji ze znanymi postaciami katalońskiego życia publicznego: "Rosellowi musieliśmy przypomnieć, że nie po to mu pomogliśmy, żeby teraz był kolegą Laporty". Zasiadający przy tamtym stoliku nie przebaczyli Laporcie, że nigdy nie ukląkł przed władzą przyzwyczajoną do rządzenia w interesie własnym, a nie Katalonii czy Klubu. Ci, którzy przysięgli sobie, że nigdy więcej nie będą mieli prezydenta Barçy, którego nie mogliby kontrolować.  Prezydenta-niepodległościowca, bez kompleksów, nieposłusznego władzy.

Rosellowi wypomnieli tamte uśmieszki z Laportą na murawie Camp Nou, przypomnieli mu, że jest tam nie po to, by stawiać Laporcie pomnik. Roma traditoribus non praemiat, żebyśmy się zrozumieli. Rosell posłuszny - Barça podzielona.

*Jordi Finestres - rzecznik Joana Laporty / Nació Digital

FOTO:  Alex Caparrós

wtorek, 11 marca 2014

Neymargate w rękach Fausa

Share
Kontrakt Neymara, który pogrążył Sandro Rosella jest teraz zagrożeniem dla relacji byłego i obecnego prezydenta, a wszystko z powodu planu nakreślonego przez wiceprezydenta Fausa w celu uniknięcia odpowiedzialności karnej - możliwej konsekwencji oskarżenia Barçy za przestępstwo podatkowe.

Nie jest normalne, że sąd interweniuje bez wcześniejszej inspekcji Agencji Podatkowej, na dodatek w takim pośpiechu, na podstawie niepełnego raportu ministerstwa skarbu. Równie nienormalne, niepoważne i dziecinne jest obwinianie socio Jordiego Casesa. Konferencja prasowa Josepa Marii Bartomeu i Javiera Fausa z zeszłego tygodnia pokazała tylko, że obaj panowie są poddenerwowani, wystraszeni i osobiście mocno dotknięci możliwymi konsekwencjami sprawy Neymara. Nie ma się co dziwić. Postaramy się wyjaśnić powody tego zmartwienia.

Uzupełniająca deklaracja podatkowa - za późno i źle złożona

Po przyjęciu pozwu socio Casesa przez sąd w Madrycie 5 grudnia 2013, FC Barcelona zakontraktowała adwokatów Fermína Moralesa i Josepa Ribę, którzy na wstępie zalecali, by Klub zabezpieczył się, składając deklarację uzupełniającą zanim zostanie pozwany w kwestii podatkowej. 23 stycznia Rosell podaje się do dymisji, a sprawa podatków nie jest jeszcze rozwiązana. W atmosferze chaosu w zarządzaniu Klubem, bez lidera, wielu dyrektorów ostrzy sobie zęby na fotel prezydenta, lekceważąc pierwsze rady adwokatów. Konsekwencja: proces rozwiązywania wątpliwości natury podatkowej przedłuża się do tego stopnia, że w lutym nie ma jeszcze decyzji. Javier Faus w obawie, że zostanie oskarżony, bierze sprawy w swoje ręce: ignoruje kolegę z zarządu, Toniego Freixę, odpowiedzialnego za tematy prawne, kreśląc swój własny plan. Na nic zdały się rady byłego już rzecznika zarządu. Faus, nie ostrzegając nikogo, zakontraktował swojego kolegę-karnistę Cristóbala Martella, postanowił też skorzystać z doświadczenia w kwestiach podatkowych kancelarii Cuatrecasas, w której sam kiedyś pracował.

Tak jak sam Faus wytłumaczył na konferencji prasowej, po przeprowadzeniu konsultacji wszyscy doszli do wniosku, że należało złożyć deklarację uzupełniającą, by zapobiec pogorszeniu sprawy i uniknąć niebezpiecznego postępowania karnego. Czyli zrobić dokładnie to, co Morales i Riba radzili dwa miesiące wcześniej.

Jednak nagle wydarzyło się to, czego nikt się nie spodziewał: 18 lutego sąd telefonicznie informuje Barcelonę (w momencie, kiedy drużyna wraca z Manchesteru), że sędzia Pablo Ruz oskarża Klub jako osobę prawną za rzekome przestępstwo podatkowe. Bartomeu nie ma wyjścia i zwołuje nadzwyczajne posiedzenie zarządu, by przedstawić kolegom nowy scenariusz i plan działania.

Prezydent Bartomeu jest bardzo zaniepokojony. Uważa, że sąd dostał cynk na temat zamiarów Klubu i dlatego tak szybko zadziałał. Kto ostrzegł sąd o zamiarze złożenia deklaracji uzupełniającej przez Barcelonę w celu uniknięcia procesu karnego, skoro na posiedzeniu byli tylko członkowie zarządu, Cristóbal Martell i jeszcze pięciu adwokatów?

13,5 milionów euro dla urzędu skarbowego, na nic

W następny poniedziałek Barcelona płaci urzędowi skarbowemu 13 550 830 euro, jak wytłumaczono w komunikacie "na ewentualność różnych interpretacji kontraktów podpisanych ws. transferu Neymara". Po południu Javier Faus komentuje ten ruch. Jak tłumaczyliśmy, zignorował rady ekspertów, wziął sprawy w swoje ręce i tak będzie nadal, bo Toni Freixa został odsunięty od sprawy, czego dowodem jest fakt, że na konferencji prasowej w tematach natury prawnej głos zabrał prawnik Klubu Jordi Calsamiglia. Wstępnie Freixa nadal będzie się zajmował pozostałymi sprawami w tym sektorze, ale w kwestii Neymara już nie. Faus i prezydent Bartomeu w nieskończoność powtarzają, że "Barcelona nie popełniła żadnej nieprawidłowości i że postąpiliby tak samo, gdyby przyszło im powtórzyć operację sprowadzenia Neymara". Wielki błąd. Barça nie uważa, że postąpiła źle i oczekuje decyzji sądu, by udowodnić swoją niewinność.

Jednak Barcelona, skupiona już na postępowaniu karnym, nie wykorzystuje dwóch miesięcy, które zapewnia jej prawo na rozmowy z prokuraturą i możliwość osiągnięcia porozumienia, a przede wszystkim ignoruje kodeks karny (art. 305, punkt 6), który jasno mówi, że złagodzenie kary jest możliwe tylko jeśli następuje "przyznanie się do winy". W skrócie, zapłacenie 13,5 milionów euro urzędowi skarbowemu bez przyznania się do błędu nie służy niczemu. Lepiej było nie zaciągać kredytu, wykorzystać dwa miesiące na przygotowanie się do procesu i później złożyć, lub nie, uzupełniającą deklarację podatkową. A tak... mamy sytuację piłkarza wykonującego sprint za piłką, która i tak wiadomo, że opuści boisko - kibice biją brawo za poświęcenie, ale sprint był niepotrzebny.

Komu się oberwie?

Kodeks karny przewiduje kary od 1 do 4 lat pozbawienia wolności, ale w sprawie, którą się zajmujemy - rzekomo zdefraudowana kwota przekracza 600 tys. euro - do lat 6. Trudno sobie wyobrazić, by Rosell, Bartomeu, Faus i reszta dyrektorów, którzy mogą zostać oskarżeni, trafili do więzienia, ale nikt nie uniknie sankcji finansowej (nawet sześciokrotność zdefraudowanej kwoty). Jeśli przyznają się do winy, o połowę mniej... chociaż na ten moment nie wydaje się, by wybrano taką strategię. Teraz tylko FC Barcelona jest oskarżona jako osoba prawna, ale jakikolwiek wyrok czy sankcja są indywidualne, dla skazanej osoby fizycznej. Kogo sąd może oskarżyć o przestępstwo podatkowe? Wszystkich dyrektorów, którzy brali udział albo wiedzieli, że istnieje prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa podatkowego w tej operacji.

Do rzeczy: nikt nigdy nie przyzna, że wiedział, że dochodzi do przestępstwa podatkowego, zatem Rosell, Bartomeu, Faus i spółka pozostaną sami wobec zagrożenia i jak wiadomo w takich sytuacjach każdy stara się ratować samego siebie. Relacje koleżeńskie? Lepiej sobie to darujmy... Dało się to już wyczuć na konferencji prasowej Fausa, także w obliczu ciągłych przecieków mających na celu oddalenie od siebie niebezpieczeństwa. Faus dał już jasno do zrozumienia, że transfer Neymara to wyłącznie dzieło Sandro Rosella. Były prezydent zebrał pochwały, a teraz jego byli koledzy chcą, by spadła na niego wina. Prawdą jest, że Rosell był głównym architektem, przeprowadzając całą operację w swoim stylu, tj. niemal w pojedynkę (z trzema dyrektorami z trzech różnych sektorów Klubu - jedna z sektora prawnego, Laura Anguera - a bez żadnego doradcy w kwestiach podatkowych), z zamiarem, by nikt się niczego nie dowiedział. Nawet jego koledzy z zarządu. I tak też się stało. Teraz jednak oni jako pierwsi przypominają w jaki sposób kupiony został Neymar i dodają, że na nich nikt nie liczył, więc niech nie liczy też i teraz. Faus wyjaśnił nawet, że Angel Segarra, doradca podatkowy Klubu, zatwierdził operację. Sam Segarra temu zaprzecza: inne sprawy, owszem zatwierdził; transfer Brazylijczyka, nie. Dlaczego Faus zrzucił odpowiedzialność na niego? Czego się obawiał? Jesteśmy bliscy kolejnego trupa na drodze...

Adwokaci Barçy... i Fausa

Segarra został zakontraktowany przez Klub za 3 tys. euro, na wniosek Toniego Freixy, z którym nie dzieli tej samej kancelarii, ale tę samą siedzibę. Są tacy, którzy dopatrują się naruszenia kodeksu etycznego w tej relacji. Sam Freixa poprosił klubową Komisję Kontroli i Transparentności, by wypowiedziała się na ten temat. Czekamy. Od momentu zmiany na fotelu prezydenta pozycja Freixy się skomplikowała z powodu nienajlepszych stosunków z Bartomeu. Freixa to człowiek Rosella i choć może to zabrzmieć dziwnie, zarząd Barcelony trzyma się teraz od "rosellizmu" z daleka. Tylko w ten sposób można zrozumieć weto dla włączenia Paua Vilanovy, dobrego kolegi Rosella, do zarządu, co wydawało się pewne.

Teraz to Javier Faus otoczył się swoimi najbardziej zaufanymi ludźmi, żeby na wstępie bronić interesów FC Barcelony, ale przy okazji swoich własnych w momencie, kiedy zostanie oskarżony. Wpaść powinni też Bartomeu i inni (wszyscy mają pewność, że tak będzie), ale ponieważ żaden nie jest w stanie być liderem w tym procesie, Faus jako zdecydowanie lepiej przygotowany od kolegów i zajmujący mocną pozycję w zarządzie, postanowił otoczyć się swoimi ludźmi. I oczywiście, wszyscy oni są przekonani, że Faus też nic nie wiedział. Koledzy z zarządu podejrzliwie przyglądają się kolejnym krokom wiceprezydenta ds. finansowych.

(Xavi Torres)
FOTO: sport.es

poniedziałek, 10 marca 2014

Raport z pola bitwy: działa Sportu wymierzone w Martino i nieśmiało w stronę zarządu

Share
"(...)Nie wiedzieliśmy jednak, że zdolność reakcji trenera w sytuacji kryzysowej jest wątpliwa, by nie powiedzieć żadna.(...) Upłynęło dużo czasu, prawie cztery miesiące, od momentu, kiedy Martino chciał dotrzeć do swoich piłkarzy (w przerwie meczu w Amsterdamie: "możecie przegrać, ale nie macie prawa się ośmieszać"), jednak jedno się nie zmieniło: kiepskie zdolności przywódcze. Atmosfera w szatni Ciutat Esportiva przypominała wczoraj pogrzeb: smutne miny i milczenie. Problem w tym, że trener też dołączył do tej zbiorowej depresji. To, że dzisiaj na konferencji prasowej pojawi się Alexis to też nienajlepszy pomysł w momencie, kiedy kibice potrzebują optymistycznego przesłania którejś z ważniejszych postaci drużyny. Tata zamknął się ze swoim najbliższym otoczeniem, a w trakcie porannej sesji treningowej stał z boku, nie powiedział słowa, otaczając się swoją gwardią pretoriańską, a prowadzenie treningu oddał Jorge Pautasso.(...) Martino już jakiś czas temu powiedział: "prędzej czy później opuszczę Barcelonę, a wy (dziennikarze) nadal tu będziecie". Nie jest to najlepszy sposób na okazanie zaangażowania w projekt, który już na samym początku trochę kulał". (Javier Miguel)

"Lista błędów popełnionych od odejścia Guardioli jest bardzo długa. Takie są konsekwencje podtrzymywania przy życiu drużyny dłużej, niż by wypadało. Konsekwencje popełniającej błędy dyrekcji sportowej, wiary w to, że Neymar jest lekiem na wszelkie zło; konsekwencje tego, że dwie gwiazdy drużyny, Neymar i Messi, nigdy nie rozumiały się na boisku; konsekwencje sprowadzenia trenera, który jest dobrym człowiekiem, ale Barça go przerasta; konsekwencje posiadania zarządu bardziej skupionego na wygraniu referendum niż uniknięciu kryzysu sportowego". (Josep Maria Casanovas)

"Na razie nie było ochrzanu ze strony trenera i pomijając fakt, że to martwi, można to odczytać na dwa sposoby: albo Martino chce schłodzić rozgrzane głowy, zanim zaczną się poszukiwania winnych albo ma już wszystko gdzieś i myśli tylko o dociągnięciu do końca sezonu. Ponieważ uważam Tatę za poważną osobę i profesjonalistę, nie chcę myśleć, że już się poddał. Jednak powinien dać jakiś publiczny sygnał i pokazać, że zostało w nim jeszcze trochę energii. W przeciwnym razie może zarazić kibiców tą niebezpieczną obojętnością, typową dla minionych epok" (Joan Vehils)

"Nie jest zły, ale trenerowi Martino brakuje charakteru i osobowości, by radzić sobie ze wszystkim tym, co reprezentuje Barça(...) Najgorsza była finansowa fuszerka w tra sferze Neymara: przez to w jaki sposób został kupiony, Messi jest zły, a Iniesta czuje się oszukany - obiecywano mu, że będzie drugim najlepiej opłacanym piłkarzem w drużynie, a już wiadomo, że nie jest i nim nie będzie. Kibice nie rozumieją, jak można było wydać 100 milionów euro na jednego piłkarza, kiedy za ta pieniądze można było dokonać 3-4 potrzebnych wzmocnień". (Joan Mª Batlle)

FOTO: AP

Gra się tak jak się trenuje

Share
"Gra się tak jak się trenuje, zasada wszystkich trenerów sukcesu w każdym sporcie. Xesco Espar, mistrz Europy w piłce ręcznej z FC Barceloną dodaje, że "najgorszy poziom, który sportowiec prezentuje w trakcie meczu to najgorszy poziom, na jaki pozwala mu się na treningu". To jest główny problem Barçy: minimum wymagane na treningach jest bardzo niskie. Po nieudanym podaniu Van Gaal wrzeszczy, a Martino bije brawo. Pep i Tito ćwiczenia na treningu śledzili o krok od piłkarzy, Tata 30 metrów od nich. Jeśli Argentyńczyk nadal uważa, jak powiedział w Valladolid, że problemem jest brak pomysłów, a nie intensywności w grze, to nie wygrają nic. Bo nawet sami piłkarze Barçy B i Juvenil A dziwią się jak niskie są wymagania na codziennych treningach pierwszej drużyny. Trzeba mocniej przycisnąć, zdecydowanie mocniej". (Oriol Domènech)

(MD)
FOTO: FC Barcelona

niedziela, 9 marca 2014

Rosell zostawił nowemu prezydentowi krzesło elektryczne podpięte do tablicy z wynikami

Share
“(...)My, dziennikarze, mamy jedną przewagę nad kibicami: możliwość rozmawiania z ludźmi, którzy znają się na futbolu, którzy otwierają ci oczy, pozwalają lepiej zrozumieć co się dzieje. I jeśli ci ludzie, którzy znają się na rzeczy, mówią ci, że Tata to nie jest trener dla Barçy, to ja im wierzę.(...) Mam wątpliwości, czy Martino faktycznie zrobił wiele, by się w tym klubie zaadaptować. Tata trafił z miejsca, gdzie kibice żegnali go pod jego domem, do klubu, w którym podróżujesz z osobistą ochroną, gdzie wszystko się kontroluje… Mam wrażenie, że to go przerasta, że to zbyt wielki i wyjątkowy klub dla Taty”. (Josep Capdevila)

“Martino z rękami w kieszeniach, przechadzający się bez słowa wzdłuż linii w tę i z powrotem. Bardzo to wszystko smutne.(...) Martino to obraz bezradności, kiedy przychodzi zmienić coś w trakcie meczu.(...) W takiej sytuacji opozycja ma coraz więcej argumentów, domagając się przedterminowych wyborów. Prezydent Bartomeu zaczyna zdawać sobie sprawę, że Sandro Rosell zostawił mu krzesło elektryczne podpięte do tablicy z wynikami”. (Josep Maria Casanovas)

“Kiedy Bayern przejechał się po Barçy jak walec, wszyscy byli zgodni, że drużyna potrzebuje rewolucji, żeby przedłużyć zwycięski cykl. I kiedy mówię wszyscy, mam na myśli prezydenta, zarząd, trenerów, piłkarzy, kibiców i sporą część prasy. Skończyło się na zwykłej przebudowie.(...) Najgorsze, że to wszystko są naczynia połączone. Bartomeu jest na słabej pozycji, przed nami referendum, a kto wie, co wydarzy się z Messim”. (Joan Vehils)

“Winni są nie tylko piłkarze. Także nowy trener, który nie potrafił dostrzec problemów. Nie obwiniam go za brak decyzji zaraz po przyjściu do klubu, ale za bezczynność w zimowym oknie transferowym już tak. Potrzebne były wzmocnienia, a Martino się schował. Trzeba też wskazać palcem na tych z góry. W biurze Zubizarrety nigdy nie dzieje się nic.(...) Trzeba być nieodpowiedzialnym, żeby nie zdać sobie sprawy, że ten cykl dobiega końca. I to dotyczy byłego prezydenta, prawdziwego dyrektora sportowego, i będzie dotyczyć obecnego, jeśli nie zmobilizuje swoich ludzi. Koniec końców referendum obejmie jego. I je przegra”. (Joan Mª Batlle)

(Sport... zmienia front)
FOTO: AP

wtorek, 25 lutego 2014

Płacą, żeby nie pogorszyć sprawy

Share
1) Co Barça chce osiągnąć płacąc teraz 13,5 milionów euro urzędowi skarbowemu?

W skrócie, nie chce sprawy jeszcze bardziej pogorszyć. Gdyby zaległości podatkowe uregulowała wcześniej (przed tym, jak sąd poinformował ją formalnie o oskarżeniu), Barça otworzyłaby sobie furtkę do uniknięcia sankcji finansowej (nawet 6-krotność zdefraudowanej kwoty) i karnej (pozbawienia wolności do lat 5). Teraz Barcelonie pozostają tylko dwie opcje: udowodnić swoją rację przed sądem albo w najbliższych 2 miesiącach przyznać się na piśmie do winy: wówczas sankcje byłyby znacząco niższe.

2) Czy Barça postąpiła słusznie?

Eksperci twierdzą, że postępowanie Barçy jest “niewytłumaczalne”. Nawet bez pozwu Casesa można było się spodziewać, że kontrakty Neymara nie przeszłyby rutynowej kontroli urzędu skarbowego. Barcelona za długo zwlekała z uregulowaniem długów podatkowych.

3) Czy Barça może odzyskać pieniądze (13,5 milionów euro)?

Tylko jeśli sąd przyzna jej rację w trakcie rozprawy, co jest mało prawdopodobne, jeśli potwierdzi się, że Barcelona zapłaciła właśnie po to, by rozprawy uniknąć. Jeśli już ktoś mógłby ewentualnie odzyskać część pieniędzy, to pracownik, czyli Neymar.

4) Jak długo sprawa może się jeszcze ciągnąć?

Jeśli Klub przyzna się do winy, 4-6 miesięcy. W przeciwnym razie, nawet dłużej.

(ARA)
FOTO: marca.com

poniedziałek, 10 lutego 2014

Iniesta szuka i odnajduje Messiego

Share
“Być może lepszą wiadomością od wywalczonego w Sewilli zwycięstwa była decyzja grupy piłkarzy, którzy postanowili odtworzyć korzystne warunki dla Messiego. Pedro i Alexis zrozumieli, że ich głównym zadaniem jest wydeptywanie ścieżek. Nie należało też wątpić, że dostrzeże to Iniesta i zajmie się ułatwieniem życia Argentyńczykowi, szukając i odnajdując go tam, gdzie może zrobić rywalowi największą krzywdę.

Poszukiwanie korzystnych warunków dla eksplozji Messiego nie następuje jednak poprzez grę pozycyjną - co nie jest ani dobre, ani złe - ale w kontrataku. W trybie klasycznym drużynie Martino nie udaje się stworzyć przewagi dla Messiego, stłamszonego w gąszczu rywali i tak niecierpliwego jak większość jego kolegów. Przewagi pojawiają się w kontrze, w której wspomniana wyżej czwórka i Fabregas poruszają się dobrze i precyzyjnie. Jedyny problem to fakt, że kontrataki można wykonać tylko jeśli pozwala na to i ułatwia ustawienie rywala. Ambicja Sevilli takim akcjom sprzyjała; z innymi rywalami będzie o to trudniej.(...)

Indywidualnie większość piłkarzy Martino jest w dobrej formie, ale drużynie brakuje przede wszystkim mechanizmów organizacyjnych, które czynią zespół silnym.(...) Bardziej niż styl czy plan, warianty czy zmienne, ważniejszą kwestią w tym momencie wydaje się to, by trener podjął ostateczną decyzję czy indywidualności znów mają zaoferować cały swój talent wielkiemu łowcy, tj. czy znów będą grać dla Messiego i jakich do tego użyją narzędzi”.

(Marti Perarnau|martiperarnau.com)
FOTO: PACO PUENTES (EFE)